niedziela, 15 października 2006

Ewolucja - Rewolucja

Miałem kurę, która sadziła jajka. Jajka były dobre, zbuki zdażały się rzadko. Kura była dobrze karmiona i była ze mną od lutego 2005 roku. W tym czasie strzeliła jakieś 12000 jajek - daje to jakieś 20 jajek dziennie, o ile moje wyliczenia nie zawodzą. Kura się zmęczyła, a co najważniejsze nieco wzrosły wymagania co do kury.

Już ponad tydzień w moim gospodarstwie przebywa struś - to taka duża kura. Dostała nową grzędę i super wyposażenie. Strzela całkiem duże jajka, już walnęła ponad 100. Są o wiele większe i lepsze - w końcu struś jest lepiej uposażony. Teraz trzeba udoskonalać warunki hodowli - pasza i te sprawy. Niebawem przedstwię wam oba zwierzaki a tymczasem zobaczcie strusie jaja:







I na koniec - pierwsze złote strusie jajo.

wtorek, 26 września 2006

Film tygodnia

A za domem...


I pomyśleć, że czasami tyle rzeczy ciekawych jest niedaleko nas. Tym razem na FotoTrip wybrałem się do ogrodu, gdzie jesień tak naprawdę jeszcze nie zawitała. Wybrałem się oczywiście nie z własnej woli, tylko z przymusu. O mały włos tego dnia nie pojechałem na poważną wyprawę do Wolsztyna. Ciężki tydzień sprawił, że zostałem w domu i wcale aparat się nie nudził. Do zdjęć zmusiła mnie mama, która ogrom pracy włożyła w ten ogród i teraz możemy podziwiać rewię barw i szarańczę pszczół, bąków itp.
Większość zdjęć na blogu jest nieco poprawiona. W 90% jest to tylko odrobinę poprawiony kontrast bądź nasycenie kolorów, czasami dorzucę jakiś efekt. Jak zobaczyłem te zdjęcia na komputerze to byłem w szoku. Intensywność kolorów była tak duża, że wypalała mi gałki oczne. Zobaczyłem szczegóły, których nie widziałem robiąc zdjęcia.
Po tej sesji zaczynam się zastanawiać czy warto za grosze pozbywać sie aparatu, który po ponad 2 latach i 12000 zdjęć dalej mnie zaskakuje i sprawia tyle radości. Ewolucja jest potrzebna, ale... chyba się rozpłacze.
Chmmm - już mi lepiej - to ja może przestanę się mazać tylko pokażę wkońcu zdjęcia z tego ogrodu...












Chyba przesadziłem z tymi kwiatami - w życiu chyba aż tak romantyczny nie jestem.

P.S. Jest już tak późno, a ja jeszcze nie śpie. Zapomniałem o pszczółce...

poniedziałek, 25 września 2006

Halina - pseudonim artystyczny



Ów post powstał na wyraźne życzenie
obecnej na zdjęciach Haliny, skarg nie przyjmuję, natrętnych wielbicieli ostrzegam - Halina zna karate.
z poważaniem: Dudzin


A jest sobie taka Halina co marzy o sławie, ogromnych pieniądzach, mężczyźnie na białym rumaku i nowych garnkach Zeptera. Brała ona dzisiaj udział w reklamie gruszek poniemieckich znajdujących się na tyłach naszej rezydencji. Chętnie pozna gościa na białym rumaku, lub lokalnego dystrybutora garnków marki Zepter. Poważne oferty proszę zostawiać w komentarzach...



niedziela, 24 września 2006

FotoTrip - Gębice

Gębice, przed wojną Amtitz - mała wieś gdzieś pomiędzy Lubskiem a Gubinem. Dzisiaj mało znana, a za dawnych lat - przepiękna rezydencja rodu Schönaichów. Dzisiaj nic już po samej rezydencji nie zostało. Otacza ją wielki park, który nie pielęgnowany - zdziczał. My pojawiliśmy się w tym miejscu by zbadać wnętrze tego co pozostało, czyli kaplicy rodu Schönaichów. Kaplica jest w rozsypce - wali się wszystko. Ktoś próbował bronić ją przed wspólczesnymi złodziejami. Okna i drzwi są zamurowane. Można wejść jedynie przed wąski prześwit. Wnętrze jest rewelacyjne, kiedyś musiał to być piękny kościół. Ambona, resztki ołtarza, krypta grobowa, trumny - to robi ogromne wrażenie. Dziwi tylko to, że to miejsce nie zostało właściwie zabezpieczone przed rabusiami, którzy nawet w trumnach i krypcie szukali skarbów. Trumny są porozrzucane, krypta odsunięta, a ludzkie kości walają się po kaplicy. Tyle historii i smutnej rzeczywistości, kto chce ten niech sam sprawdzi póki walący dach nie zasłoni wnętrza. A oto parę fotek.










A na koniec - piękny duszek.

czwartek, 21 września 2006

Festival Kronopol 2006

Ale na początek się trochę wytłumaczę. Dosyć rzadko piszę na blogu i też mi smutno z tego powodu. Życie wbrew pozorom wcale takie nudne (jak mój blog) nie jest. Dużo się dzieje, ale nie uwieczniam wszystkiego na karcie pamięci w aparacie bo się nie da. Raczej nie dałbym rady biegać z aparatem w pracy, ostatnio tam spędzam większość czasu. Jest wesoło, jest materiał na bloga, ale fizycznie nie dałbym rady tego uwiecznić. A poza tym to co dzieję się w pracy opisuje z różną częstotliwością Mobydick. Poza pracą w życiu prywatnym poznaję biurokratyczny system bankowy, szperam w necie za nowym aparatem, który już się błyszczy na horyzoncie, ze 100% skutecznością odpieram ataki mojej mamy, która twierdzi, że w moim pokoju jest brudno. O reszcie moich zajęc nie wie nawet najbliższa rodzina, więc nikt się nie dowie. Czasami jednak dzieję się coś nietypowego - tym razem nasza wizytówka, czyli lokalny producent chmur - firma Kronopol postanowiła odwrócić naszą uwagę od niebieskiego dymu wydobywającego z komina i zorganizowała Festival Kronopol. Całość artystyczna zapowiadała się dosyć ciekawie, tylu znanych ludzi na raz nigdy nie było w Żarach. Jakiś zespół z Czech, Maryla Rodowicz, Grzegorz Turnau, Dorota Miśkiewicz, Anna Maria Jopek i Zbigniew Wodecki. Jopek niestety z powodu śmierci bliskiej osoby przed koncertem opuściła Żary, reszta natomiast zgoniła na dziką polanę za miastem dosyć pokaźną ilość osób. Żaden wykonawca jednak nie dał tyle radochy co niezmordowana Maryla R., która wraz ze swoim sympatycznym chórem i rockowym zespołem porwała dosłownie wszystkich. Przy okazji pozdrawiam w imieniu kolegi Pająka - chórzystkę Anitę...chmmm






Drugi dzień festiwalu już taki energiczny nie był, to moje osobiste odczucie bo fanem tego typu muzyki nie jestem. Poezja śpiewana i rytmem podobne gatunki jakoś mnie nie pociągają - i w takim właśnie lekko ziewającym klimacie zakończył się drugi Festival Kronopol.

wtorek, 29 sierpnia 2006

Karpacz - panoramic

Dorzucam jeszcze dwie panoramy. Pierwsza to widok ze Śnieżki na czeską stronę, druga to Samotnia.


niedziela, 27 sierpnia 2006

Karpacz - 19.08.2006

19 sierpnia wybraliśmy się na jednodniową i zaplanowaną na prędce wycieczkę do Karpacza, a dokładniej w góry otaczające to miasteczko. Mazdę Tomka załadowaliśmy po brzegi. Postanowiliśmy kolejny raz pokonać chyba najbardziej widowiskową trasę w tych górach. Trasa nasza rozpoczęła się pod świątynią Wang. Wcześniej oczywiście zaopatrzyliśmy się w potrzebny prowiant a dokładniej baterie energetyczne z chmielem.

Pierwsza krótka przerwa regeneracyjna, pierwszy płacz - nie wszyscy dobrze znoszą trudy pieszej wycieczki.

Kolejnym celem były Pielgrzymy, czli spore formy skalne gdzie od lat mamy prywatne miejsce odpoczynku bez tłumu turystów, można spokojnie wciągnąć baton i poopalać się troszkę.





Nastpnie po męczącej wspinaczce wśród kosodrzewin dotarliśmy do Słonecznika, a to dopiero początek. Teraz czekała nas długa (chyba z milion kilometrów) przeprawa grzbietem w kierunku Śnieżki. Mieliśmy dużo czasu na podziwianie niesamowitych widoków....ach jak piękne są te góry.



Siłą rozpędu wbiegliśmy na Śnieżkę i po dłuższym relaksie zeszliśmy do Strzechy Akademickiej na obiadek. To już chyba tradycja. Kontynuując schodzenie dotarliśmy do Samotnii - super pięknego miejsca - tam sesja fotograficzna, cała brygada w komplecie i ta piękna okolica...