piątek, 13 marca 2009

Sesja przed....


Naturalną rzeczą jest to, że ludzie łączą się w pary - najczęściej parę tworzą osobniki odmiennych płci - nie jest to reguła, ale w moim przypadku tak było. 'My' jako para, istnieliśmy już jakiś czas, żyło się super i nieźle się układało, ale przez państwo polskie traktowani byliśmy jak dwie zupełnie obce osoby - rodzinę tworzy para, która swój związek w Polsce 'zalegalizowała', czyli złożyła w obecności świadków podpisy na dokumencie państwowym. Problemem okazało się również publiczne określenie osoby, z którą się żyje nieformalnie. Określenie 'partner' a nawet 'życiowy partner' nie jest zrozumiałe dla urzędników państwowych. W czasach kiedy do życia budziły się hormony życiowego partnera, określało się w kręgach rówieśników słowami 'moja dziewczyna'; 'mój chłopak', straciły one jednak ważność wiele lat temu. Znane też były określenia stosowane u nieco mniej rozwiniętych umysłowo. Określały one jednak 'prawo własności' nie do całej osoby jak w przypadku określenia 'moja dziewczyna', a do konkretnej części jej ciała. Najczęściej mówią 'moja ....' (ilość kropek=ilość liter), ale uwierzcie mi - tego urzędnicy też nie strawią. Tu akurat nie ma co na nich narzekać - każdy zdrowy facet na pytanie 'Nie chce już być z moją .... , co mam zrobić?' odpowie 'Idź do proktologa'. A jak zapyta 'Nie chce już być z moją .... , jak mam jej to powiedzieć?' to wymaga interwencji co najmniej psychiatry.
Jedynym akceptowanym określeniem w naszym państwie jest znane z kronik policyjnych słowo 'konkubent' i 'konkubina'. Nie dość, że wymawia się je z obrzydzeniem to jest jeszcze źle kojarzone. Wyobraźcie sobie taki wpis na blogu: 'Wczoraj wraz z moją kochaną konkubiną i przeuroczym pasierbem pojechaliśmy do mojej macochy' - nie wiem jak wam, ale mi to się kojarzy od razu z jakąś patologią, ale to tylko dlatego, że nie ma przyjemniejszych określeń, bo wiadomo życie różne scenariusze pisze.
No więc, ja wraz z moją konkubiną Jagodą (fuj), postanowiliśmy raz na zawsze odciąć się od tych określeń i żyć w końcu legalnie, a nie jak to mówią 'na kocią łapę'. Zaczęliśmy w połowie stycznia przygotowania do ślubu. Czasu było niewiele, a ostatnim akceptowanym terminem był 21 luty. 14 - ten romantyczny - był po pierwsze oblegany, a po drugie brakło by nam czasu na przygotowania i powiadomienie rodzinki. Tak więc, w tempie ekspresowym ruszyły nasze przygotowania, a termin w końcu ustabilizował się na 21 dniu lutego na godzinie 16:00. Ślub zaplanowaliśmy w kościele p.w. W.N.M.P. - moim zdaniem najładniejszym kościele w Żarach. Przyjęcie weselne zorganizowaliśmy w Restauracji Chopin w Hotel Parku na ulicy Zielonogórskiej. Miejsce to okazało się praktycznie bezkonkurencyjne w porównaniu z innymi lokalami w Żarach - warunki, opcje dodatkowe, elastyczność, menu, cena i przepiękne wnętrza praktycznie położyły konkurencje na łopatki. Interesu w tym żadnego nie mam, ale jak komuś powierzamy jeden z najważniejszych dni w naszym życiu - lepiej się dwa razy zastanowić.
Przygotowania ruszyły pełną parą, a w sumie jest co robić - pisać tu nie będę - każdy powinien poczuć to na własnej skórze.
Na samym finiszu przygotowań, gdy już ciśnienie sięgało zenitu, udało się nieco rozluźnić atmosferę i wyrwać się na sesję foto - oczywiście z Łukaszem - innego fotografa nie akceptujemy. Łukasz, czyli również firma Leart uzbroiła się na zbliżający sezon w sprzęt fotograficzny, który właśnie w dniu naszej sesji miał swój chrzest bojowy. Dodać można, że natura w tym dniu również nam w tym pomogła. Takiej ilości śniegu nie było od wielu lat - być może długo jeszcze nie będzie i trzeba było to wykorzystać. Piękna pogoda, piękna przyszła żona - efekt - piękne zdjęcia. Niestety - chęć napisania tego posta przegrała z chętnymi do oglądnięcia galerii z sesji - dlatego ogromna część już te zdjęcia widziała. - resztę zapraszam teraz...












































Reszta zdjęć w albumie (trza kliknąć):

Sesja Narzeczeńska

wtorek, 24 lutego 2009

Wu na Du, niebawem przepis jak podwoić rodziców.

Przepis prosty - chociaż nieco trudny do zrealizowania.
Stało się to w ostatnią sobotę - 21 lutego 2009r. Ja zyskałem drugą parę rodziców, a Jagódka oprócz rodziców także nowe nazwisko. Ciekawe doświadczenie i sporo emocji, o których zamierzam napisać prawdopodobnie w przyszłym tygodniu - wtedy powinny pojawić się zdjęcia autorstwa Łukasza, który uwiecznił całą ceremonię.

Malutka próbka sesji przedślubnej:


i z dnia ślubu


poniedziałek, 26 stycznia 2009

Český ráj - 20.07.2008





Można wkleić w Google Earth lub podobne:
 50°31'52.95"N   
15° 1'54.77"E




Český ráj - to takie ciekawe miejsce w Czechach -  kraina dobrych ludzi, pięknej przyrody, zamków i muzeów. Przejechaliśmy jakieś 160km, przy czym  trzykrotnie przekraczaliśmy granicę - dosyć ciekawa trasa omijająca nasze cudowne drogi. Granicę przekraczamy w takim ciekawym miejscu, gdzie Niemcy i Czechy rozdziela polska ziemia o szerokości 1,5km. Strach pomyśleć o tych co kiedyś przekraczali tutaj granicę np. z NRD do Czechosłowacji. Tak tak - martwię się o innych, a nie pamiętam, że sam wtedy godzinami stałem w kolejce po proszek zwany kawą. 

My znaleźliśmy się w niewielkiej wsi Dneboh u podnóża skalnych formacji, które w tym dniu były naszym celem. Bardzo ładne lasy, bardzo wysokie skały i bardzo ładna pogoda. Ogólnie wyjazd bardzo udany. Pewnie tak naprawdę zobaczyliśmy tylko procent tego co można tu zobaczyć, ale warto było - czas nie jest z gumy - w drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze market, gdzie zostawiliśmy wszyściuteńkie korony. Warto by jeszcze wspomnieć o naszym driverze i przewodniku - Grzegorzu, który sprawnie dostarczył nas z domu na miejsce, bezpiecznie przeprowadził nas po skałkach i wysadził pod domem - Zuch chłopak!! 


Oj - zaklinowałem się:


Kaśka: 'Na stromych zejściach - przysysam się do skały':


Nad okolicą góruje posąg człowieka z lodowca:


...i bliżej nie zidentyfikowanych człekokształtnych:


Dziołchy:


Za czasów kamienia łupanego były tu Veluxy, ale po wojnie rozkradli:


...a Woodstock tuż tuż:


Jest i On - postrach niemieckiej drogówki, prawie wyznawca szatana, fan metalicznej muzyki - Grzegorz:


Albinos na spacerze:


...i w domku:


Przy nadchodzącym zlodowaceniu ukryje się tutaj:


...z moją (za chwilę) żoną - i będziemy ratować ludzkość...:


Rzadki przypadek - most, który nie uchroni Cię przed deszczem (złotym), grzmotami i gradobiciem:


mmm:


A gacie pełne ze strachu, ale czego się nie zrobi dla sławy:


I odrobina czułości - tzw. self shot:


Naturalne fotograficzne tło - w studiu nie do wyhodowania:


Jest, a jakoby go nie było...:




Reszta, w tym rozbierana sesja na skałach w albumie - kliknij obrazek ***:
Wizyta w Czechach z Grześkiem (20.07.2008)






*** - liczba kliknięć w album monitorowana przez Ministerstwo do Spraw Walki z Ciekawością

wtorek, 13 stycznia 2009

Rajd Drezno - Wrocław 2008


Kilka lat czekałem, kilka lat się szykowałem, aż tu nagle w tym roku udało się zobaczyć na własne oczy największy rajd terenowy Europy - DREZNO-WROCŁAW!! Potężna impreza, zwana również "małym Dakarem" aż się pcha żeby ją zobaczyć - kolumny serwisowych samochodów przecinają Żary, a wszyscy docelowo rozbijają się w okolicach Żagania. Potężne wieloosiowe ciężarówki, zróżnicowane samochody i najładniejsze pojazdy na świecie - quady. Jest na co popatrzeć.

Kto chciał to już na ten temat zdążył poczytać - ja mam półroczny poślizg w relacji, więc za dużo już nie napisze. My wybraliśmy się tam na wariackich papierach, uciekłem z roboty, pod górę na rowerze pędziłem 40km/h. Spakowałem aparat i kamerą z umierającą baterią i w drogę - tym razem już samochodem. Zaczęliśmy od dobrze nam znanych terenów niedaleko Olszyńca. Niezbyt to odpowiednie miejsce dla nieprzystosowanego sprzętu. Pędzące smoki wzbijały w powietrze spore ilości kurzu, a kurz jak wiadomo - wszędzie wlezie. Ja doskonaliłem swoje oko operatorskie, a Kaśka trzymała palec na spuście aparatu. Dosłownie trzymała - nigdy jeszcze ten aparat nie zrobił tak dużo zdjęć w tak krótkim czasie. Może i mówiłem żeby sobie nie żałowała, ale to chyba była lekka nadinterpretacja. Szkoda, że zapomniałem poinformować, że takie zdjęcia lepiej wyglądają jak są robione aparatem trzymanym w poziomie, a nie w pionie. No chyba  że trafi się pojazd wyższy niż dłuższy.  

Po piaskowych poligonach ruszyliśmy w kierunku Żagania, żeby zobaczyć przeprawę przez rzeczkę. Warto było - tam dopiero się działo. Mnóstwo ludzi - niedawno zbudowana kładka dla ludzi dosłownie nabita po brzegi. Kilka ekip telewizyjnych, ogrom fotografów i jeden odważny operator pośrodku strumienia odziany w profesjonalne wędkarskie wodery i miniaturową odporną na zanurzenie kamerę.

Ciężarówki nie miały żadnych problemów z przeprawą, niektóre delikatnie i z powagą, inne jak tsunami pchały potężne fale przed sobą. Quady też w miarę sprawnie, w pełnym zanurzeni brykały na drugi brzeg. Najciekawiej wyglądały samochody. Całkowita loteria, starodawny VW Transporter z nieznacznie podwyższonym zawieszeniem przejechał bez większych problemów, a mocarny Hummer ugrzązł na samym początku. Drobne kobietki szarpały liny, rzęziły wyciągarki, z kabin wylewały się hektolitry wody, a publika nagradzała brawami każdy wyczyn. 
Impreza godna polecenia.

Jak już pisałem - autorem zdjęć jest oczywiście siostra, obróbką zająłem się sam. Nagrałem prawie godzinę materiału i może jakiś klip kiedyś z tego wyjdzie - za jakieś 5 lat :-)  














































Kilka sztuk więcej w albumie:

Rajd Drezno - Wrocław 2008