poniedziałek, 29 maja 2006

Weekend

Rozpiszę się mało,
bo czasu mało.

A tymczasem minął nam kolejny weekend, tym razem po znakiem silnych wiatrów i było by trochę materiału gdyby nie wyczerpały się baterie w sprzęciku. Krótka wizyta w lesie zakończyła się wspinaczką na obserwacyjną wieżę metalową. No niestety ani filmów, ani zdjęć nie zrobiłem, rozkoszowałem się tylko dawką adrenaliny. Kto był to wie ile emocji może dostarczyć wiatr na tej lichej konstrukcji. Podmuchy były tak silne i zmienne, że myślałem że rąk zabraknie, lub poręcz nie wytrzyma. No i te przechyły!!

A tym czasem pokażę Wam kilku chmurkooof i pare Markooof.






Drzewa grzecznie poddają się silnym podmuchom a wieża jak stała tak stoi.

środa, 24 maja 2006

Rower w serwisie.



Tęsknota stała się tak silna, że postanowiłem się wyżalić na blogu. Mój rower po ciężkiej chorobie tylnej piasty w zeszłym tygodniu we wtorek trafił do serwisu rowerowego. Już go nie ma ponad tydzień, nie dzwoni, nie pisze. Śmigam do roboty zazwyczaj piechotą i nie wychodzi mi to najlepiej. Wiadomo, że jazdy na rowerze nigdy się nie zapomina - nieco gorzej jednak jest z chodzeniem. Ręce mi się plączą, nogi krzyżują i potykam się na każdej nierówności. Całość wygląda jeszcze śmieszniej jak próbuje zgrać krok z muzyką z mp3 playera. Obecnie wsłuchuję się w nową płytę zespołu Tool. Progresive metal charakteryzuję się m.in. zmiennością rytmu, więc mój krok też jest progresive. Wyglądam więc jak ostatni klient nocnej dyskoteki w remizie. Łaże tak i łaże i czekam na telefon z serwisu gdzie na kozetce leży rowerzyk. A poza tym zeszłotygodniowe przeziębienie przerodziło się w lekkie przeziębienie i nie odpuszcza.
Ale nie ma tego złego, nie poszalałem ostatnio na rowerze, ale poszalałem u fryzjera. Z pięknej czuprynki niczym dziki agrest został tylko pasek od czoła po kark. Szeroki jak nowa autostrada a-4 irokez zszokował moich rodziców, a część znajomych nawet nie zauważyła, lub stwierdziła, że i tak już mi nic nie pomoże.
Zdjęcia ubarwiające treść pochodzą z zeszłego roku.







niedziela, 21 maja 2006

Po sobotniej wichurce

W sobotę powiało. Zapowiadało się na burzę, ale rozmyła się zanim dotarła. Wiatr chciał skrzywdzić namiot ogrodowy, ale w porę zareagowaliśmy. Prąd był wyłączony na całej dzielnicy. W końcu przyszedł a w Żarach zawyły syreny - pewnie gdzieś zbyt mocno zawiało

W niedzielę nasza niezawodna energetyka też zafundowała nam widowiskowe spadki napięcia - takie same spowodowały niedawno trwałe uszkodzenie wnętrzności mojego komputera. Nie pozostało nam nic innego jak tylko opuścić cztery ściany, wyskoczyć na ogródek i odpalić zasilany z baterii aparat. Kolory jak w ogrodzie botanicznym:


Spotkałem stepującego bąka:





Był też pająk wielki jak w filmach, poczęstowaliśmy go muchą. Pokaże go może przy okazji jakiegoś klipu.

środa, 17 maja 2006

Pompa czyli burza



A więc w maju zeszłego roku po raz pierwszy zapolowałem na wyładowania atmosferyczne. Ciekawe i niebezpieczne to zjawisko i dlatego ciekawe. Mamy maj i już na niebie widać chmury, w których drzemie moc. Wielkie Cumulonimbus rozbłyskają i grzmią. Jeszcze nie trafiłem na odpowiednie warunki do zdjęć (noc+silna burza) więc oto zdjęcia z zeszłego roku.


No i maj 2006 - widać tą moc??

czwartek, 11 maja 2006

Nowy clip: BikeTrip - pierwszy

I dopełnienie do poprzedniego postu, film zrobiony na szybko, ale niestety z powodu zgrzytów na video.google.com nie udało się wcześniej. Szukam chętnych do większej produkcji: ktoś zainteresowany??

poniedziałek, 8 maja 2006

BikeTrip: Pierwszy

O 14 w niedziele wyruszyliśmy w las. Ja, Kaśka, Marek i Tomek przemierzaliśmy bezdroża. Pokonaliśmy pusty poligon, czołgówkę, tory kolejowe, przeciskaliśmy się przez wąskie, leśne trakty, zwiedziliśmy budowlę (może grobowiec) i zbiorniki wodne "Teresa", "Błękitne" i "Morskie Oko" - oczywiście nasze, żarskie.







niedziela, 7 maja 2006

Po BikeTripie...

Dzisiaj brykaliśmy z Kaśką, Markiem i Tomkiem na rowerkach. Ostatnie 2 godzinki myślałem i działałem tak by wieczorem wrzucić relację z tego wyjazdu.

Ale...

Pojawił się taki gość i popsuł plany. Wycięty w jednym z poprzednich postów Gorgomił przesłał mi odrobinę twórczości z aparatu Alicji (publicznie ukazanej w relacji z Woodstocku przy Gorgomile).
Aparat nowy, nowe pomysły i oprócz fajnych, tradycyjnych fotek pojawiło się jedno wykonane w dotąd nieznanej mi technice. Oto praca Gorga:


Wygląda bardzo ciekawie, a ja postanowiłem sprawdzić czy to aby nie oszustwo.
Nie - faktycznie działa:


Taki ciekawy neonek.



Mam gorsze pismo niż Gorg, ale podpis myślę, że dosyć czytelny:



A na BikeTrip trza będzie poczekać.

czwartek, 4 maja 2006

FotoTrip - Świbna - styczeń 2006

Oto odrobina historii - czyli wyprawa nad rzeczkę niedaleko Świbnej a dokładniej w pobliżu tamtejszego ośrodka ZHP. Zima jeszcze w pełni. Polowaliśmy na rosomaki (Gulo gulo), które w tym czasie korzystając z tanich linii lotniczych przybywają w te rejony polować na renifery. Rosomakom podobno nie udało się załapać na bilety "last minute" a PKP "Przewozy Regionalne" nie daje zniżek na przejazdy rodzinne. Rosomaki więc już zarezerwowały bilety na przyszły rok a my (Ja i Hurricane) postanowiliśmy spenetrować tutejszą florę.

Na początek kora pancerna.

Potem trochę liściuff.


I pędy roślinki zwanej Rasta - rodem z Jamajki (Dredowiec)


Lodowe zwisy.


Ale nie taka zima straszna dla wszystkich - te bujne mchy drwią sobie z ujemnych temperatur.
W tle z lewej kolega stawiający pierwsze kroki w afgańskiej organizacji terrorystycznej zakłada ładunki - tym mostem niebawem przejdzie drużyna zuchów druchny Zosi - będzie jatka. Relacja z tego wydarzenia tylko na stronie Al Jazeera.

I na koniec Hurricane, czyli kierowca 'regionalnego' bombowca.

A oto kolejna panorama - tym razem statyw wystawiłem w oknie dachowym. Mniej więcej 180 st. od północy do południa.

niedziela, 30 kwietnia 2006

Rehabilitacja w toku...

I oto jestem - powoli wracam do stanu sprzed spięcia, które pozbawiło mnie poczciwego komputerka. Umarł zasilacz i płyta główna. Zasilacz poszedł pierwszy. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy zadzwonił telefon z informacją: "Płonie twój komputer!". Szybka reakcja, próba resuscytacji, defibrylator - nie pomogły. Strata ogromna, pierwsze poważne dziecko mojego portfela poszło z dymem, a pozostał tylko zapach palonego ebonitu lub kryptonitu - sam nie wiem. Największą karę poniosło truchełko zasilacza. Wspólnie z Markiem zbeszcześciliśmy jego zwłoki kopniakami. W furii potraktowałem go Skodą Felicją - jej masa zrobiła swoje, koroner stwierdził zgon. Po paru dniach zgon potwierdzono u płyty głównej. Reszta komponentów wyszła z opresji bez szwanku, no może z odrobiną swądu zwędzonej elektroniki. A powodem wszystkiego była żarska Energetyka, która tak mi podziękowała za miliony kilowatów zużytych przez ten sprzęt. Nie pomogła listwa przeciwprzepięciowa. Wczoraj ożyłem w środowisku linuxowym a dzisiaj w bardziej przyjaznym otoczeniu mogę już pisać posta. Tomek wypożyczył płytę główną (dzięki!!), zasilacz kupiłem - tym razem nieco bardziej zabezpieczony, powoli instaluję niezbędne oprogramowanie i szukam finansów na zakup własnej płyty głównej. A oto zachód słońca, który na chwilę oderwał mnie od komputera:

A poza tym zdjęcie, które powstało w okresie bezkomputerowym a zostało zmontowane dzisiaj - panorama Żar z okna byłego mieszkania Marka.

Lepsza jakość na maila.

I to tyle na dziś.

środa, 26 kwietnia 2006

niedziela, 23 kwietnia 2006

FotoTrip - MRU 2006

Zmęczenie spowodowało,że masa tekstu, który przygotowywałem przez ostatnie trzy godziny za pomocą magicznego przycisku 'x' w prawym górnym rogu przeglądarki wysłałem w przestrzeń Matrixa i jest nie do odzyskania. I ciul. Popracuje więc nad skróconą wersją a po fakty historyczne zapraszam www.bunkry.pl.


Podejście drugie:

Niedzielny poranek - 23 kwietnia 2006. Niemal bez poślizgu cała ekipa w składzie: ja (Dudzin), Hurricane, Tomek, Kaśka i Marek wyruszyła w kierunku Międzyrzecza.




W końcu doszła do skutku wycieczka do Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, a niewątpliwie jest to najciekawsze miejsce w tej części Polski. Mało tego - bunkry są tylko częścią atrakcji okolicy Międzyrzecza, wśród obiekty hydro-techniczne (należące do systemu umocnień), pozostałości proradzieckie, rzeki, jeziora i tereny podmokłe. Jest więc możliwe, że kiedyś pojawię się jeszcze w tym regionie.
Zacznijmy od początku. Swoją podróż zaczęliśmy przy wejściu do Pętli Boryszyńskiej. Początkowo plan polegał na zwiedzaniu naziemnej części fortyfikacji. Pomimo nienajgorszego przygotowania jakoś nam nie najlepiej szło. Mieliśmy kompas i mapy, dołączył do nas samotny wędrownik z młotkiem w torbie i dotarliśmy do bunkra. Tylko czemu ominęliśmy ścieżkę i przecieraliśmy szlaki w buszu?? Busz owszem ciekawy,


mniej ciekawe za to były krzaczory mocno uzbrojone w kolce, które pozostawiły liczne ślady na nieosłoniętych częściach ciała. Góra - dolina - góra - dolina i liany jak u Tarzana. W końcu znaleźliśmy to czego nasz przyjaciel z młotkiem szukał ponoć od 40 lat. Niestety wejście do podziemi było zamknięte - może i dobrze.



Po tym incydencie postanowiliśmy zwiedzić coś konkretnego, bo czas się kurczył a emocji brakowało. Oddzieliliśmy się od samotnika i popędziliśmy z powrotem (tym razem drogą).
Po drodze mijając zęby, czyli postrach czołgów, ogromniaste ścierniska i kłusujące sarny.



Szybko znalazł się przewodnik i potrzebna ilość turystów - w sumie chyba 15 osób.
Szybki prowiant, ciepłe ciuchy, latarki i w drogę!! Nieźle zorientowany przewodnik wprowadził nas w historię całego obiektu, zagrożenia z nim związane, daty, kilometry, tony i tysiące, bo każda liczba związana z bunkrami zazwyczaj ma kilka zer.

Przykładowo - mieszka tutaj więcej nietoperzy niż ludzi w Żaganiu (nawet włączając tych garujących w ZG:-)pozdrawiam) - 30 000. Po wejściu od razu widać ogrom przedsięwzięcia, głębokie na kilka pięter klatki schodowe doprowadzają nas do bezkresnych torowisk.


Wewnątrz straszna cisza, sucho pod stopami i ciągły ruch świeżego i zimnego powietrza. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie geniusz konstruktorów - nic tu nie jest przypadkowe. Wentylacja, odwadnianie - to wszystko nadal działa i to za sprawą prostych praw fizyki. W każdej chwili i na każdym kroku widać jak trudne mogłoby być zdobywanie tego obiektu gdyby tylko było dobrze bronione. W hali remontowej zostaliśmy poddani testowi - przewodnik stwierdził, że nie wytrzymamy w ciszy bez włączonych latarek 15 sekund. Skubany - wygrał, cisza trwała jakieś 8 sekund (mam nagrane). I to było bardzo ciekawe 8 sekund - całkowita cisza (nie do uzyskania na powierzchni) w tych korytarzach łamie nawet najmocniejszych twardzieli. To taki horror, tylko nie w TV a w rzeczywistości. Kto nie wierzy - niech sprawdzi. A chętnych było paru, niektórzy przypłacili to życiem.

Nawet Marek znany z nadludzkiej orientacji poczuł respekt.





Ale bunkry to nie tylko plan horroru - to np. koszary dla 360 żołnierzy, dworce kolei podziemnej, windy, toalety, hale i nietoperze, które gdzieś miały światła latarek i błyski z aparatów.



Można by jeszcze długo opisywać, można też jeszcze wiele zobaczyć - naprawdę warto.